ze ślubu. Ach co to był za ślub! [co prawda był w "mad rycie" - ale nie czepiam się ; -]. Wesele też pikne. Normalnie się aż wzruszyłem.
Panna/Pani młoda wyglądała cudownie. Jest dla mnie jak siostra. Poza tym jest to napożądniejsza niewiasta jaką w życiu poznałem/znałem/znam. Można powiedzieć, że coś jej zawdzięczam. Może nawet więcej. Zawsze było tylko “nemo problemo”©.
Nie, zdjęć nie mam zamiaru zamieszczać gdyż mam je na płytce. A poza tym z prawnikami się nie zadziera
—

Mając na uwadze powyższe – teraz wzniosłe dywagacje na temat małżeństwa – macierzyństwa – miłości :
O kryzysie tradycyjnych wartości rodzinnych raczej nie muszę nikogo przekonywać bo jest to “oczywista oczywistość”.
Mężczyźni są coraz bardziej zniewieściali a kobiety coraz mniej kobiece. Dzisiaj to już jest truizm. Ale to niestety prawda. Dzieje się tak w każdej dziedzinie. Począwszy od strojów (kobitki, babeczki noście sukieneczki!) na przejmowaniu ról tradycyjnie zarezerwowanych dla płci przeciwnej kończąc.
A potem mamy plagę “singli”: kawalerów i starych panien, którzy się usprawiedliwiają, że i tak nie mają czasu na stały związek.
Kilka lat wcześniej, na studiach etc. wybrzydzali, przebierali, byli niezdecydowani czy też bali się zaryzykować, działać.
Teraz natomiast uczestniczą w wyścigu szczurów i gonią za szczęściem, bojąc się jednocześnie odpowiedzialnośći.
Małżeństwo? Po co, przecież dobrze jest (w konkubinacie)!
Dzieci? Na to mam jeszcze czas, najpierw muszę sobie dom wybudować, kupić Audi Q7, zrobić karierę, wtedy dopiero mogę sobie pozwolić na dziecko ( wcześniej kino domowe!)
Dawniej (w normalnych czasach, gdy nie było ZUSu) człowiek wiedział, że powinien mieć dużo dzieci, dobrze je wychować aby któreś zajęło się rodzicami na starość…
Ale wracając do małżeństwa. Pokolenie Britney Spears traktuje je przemijająco. No bo zawsze można się rozwieść, gdy nie będę szczęśliwa/y, więc po co starannie szukać żony/męża. Przecież ja muszę szukać szczęścia, w jednym tym związku już go nie ma więc poszukam następnego. Skoro w “m jak miłość i spółka” to jest na porządku dziennym, musi być to normalne. Samo życie. Niestety ludzie myślą dziś telewizorem – ukąszeni są tym samym żądłem Hegla – co faktyczne to moralne. [Paradoksalnie tzw. małżenstwa z rozsądku były najtrwalsze, miłość przychodziła z czasem ].
A propos miłości – serialowo utożsamiana z emocjami, uczuciami etc.
Wszystko zgoda. Ale po kilku latach małżeństwa wzajemny zachwyt opada, czar pryska i zaczyna się normalne życie…
I co wtedy? Gubimy się. Było jak w bajce. Ale gdzieś pomiędzy “dawno, dawno temu” a “żyli długo i szczęśliwie” przestaję się udawać. Albo i przestajemy się starać. Można przyjąć dwa warianty. Tertium non datur.
1. Łatwizna – podziękujemy sobie wzajemnie, miło było ale się skończyło. Trzeba być szczęśliwym a nie dusić się…
2. Miłość to poświęcenie. Ofiara.Dla drugiego człowieka. Częstokroć rezygnacja z własnego egoizmu ma rzecz drogiej nam osoby. Dlatego tak ważne są wspólne przekonania małżonków, wspólny fundament na który można wejść w chwilach niepokoju.
Nie twierdzę, że żenimy się by cierpieć, wręcz przeciwnie – godzimy się cierpieć bo kochamy. To jest “kwintesencja kwintesencji”.
I ostatnia rzecz – nieszczęśliwe miłości.
Teraz posłużę się cytatem. Tym razem z Ratatullie:
” jak ciągle będziesz rozpamiętywać to co było, stracisz z oczu to co może być” .
Choć z drugiej strony – no risk no fun. Choć “gdy znajdziesz kwiat paproci to na wszystkie inne patrzysz przez jego pryzmat”(© by Ja.) Łatwo odpuszczać nie należy. Walkowerem szczególnie. No bo to nie ładnie. Brak wytrwałości i cierpliwości to się nazywa po prostu. A z drugiej strony jak nie ma widoków na powodzenie to może faktycznie nie ma co szaleć, zwłaszcza gdy się ideał wykreowało w oderwaniu od rzeczywistości
Z reszta wybór należy do Ciebie!! Więc trafnych wyborów życzę…
—
[...... ...]