
To było kilka lat temu. Dostałem w prezencie z Chile jakąś torebkę z napisem yerba mate. Wyglądało jak suszona trawa, a po zalaniu wodą jak paprochy. Smakowało jeszcze gorzej. W zestawie dostałem również drewniane: naczyńko do picia (taki jakby kubek – tykwę) oraz bombillę (czyli coś a’la rurka do picia). Oczywiście jako profan i człowiek wybitnie uzdolniony musiałem to zepsuć
. Bombilla się zatkała a tykwa zaginęła. Tak zaczęła się moja przygoda z yerba mate, która trwa po dziś dzień…
W argentyńskiej ustawie o artykułach spożywczych; nr 18.284, rozdział XV, art. 1193 czytamy:
“Pod pojęciem yerba lub yerba mate rozumie się produkt składający się z wysuszonych, lekko wyprażonych, rozdrobnionych liści ostrokrzewu paragwajskiego (po łacinie: Ilex paraguariensis Saint Hilaire), ewentualnie z dodatkiem fragmentów wysuszonych młodych gałązek, pędów lub łodyg kwiatów. (…)”
Obszar występowania ostrokrzewu paragwajskiego, ograniczony jest w zasadzie następującymi współrzędnymi geograficznymi: od północy 18°S i od południa 30°S. Próby uprawy yerba mate w regionach o podobnym klimacie w innych częściach świata nie okazały się owocne.
Yerba mate zwana jest również zielonym złotem Indian, aczkolwiek jej rozpropagowanie (podobnie jak wiele innych rzeczy) zawdzięczamy Kościołowi, a konkretnie zakonowi jezuitów (wtedy to był naprawdę porządny zakon, co się dzieje teraz vide Malachi Martin i jego pozycje książkowe). Aż do kasaty (1773 r.) propagowali oni mate w Europie jako alternatywę dla herbaty. Oczywiście miało to przełożenie na finansowanie zakonu – filar jego budżetu stanowiły właśnie wpływy z upraw ostrokrzewu…
Otóż jest ona zdrowa (witaminy A,B1,B2,C,E, fosfor, magnez, potas, wapń, żelazo etc.), pobudza (jak kawa, ale – nie uzależnia) a z czasem zaczyna smakować (początkowo – bleeee), no i nie jest to banalna herbata a przy tym poprawia nastrój i pobudza umysł
.
Paradoksalnie mate z torebki (tak, tak – ekspresowa) zawiera najwięcej zdrowotnych składników (ja się raczej kieruję tym, że jest najwygodniejsza w przyrządzeniu).
To tyle w wielkim skrócie. Teraz o parzeniu. W Ameryce Południowej składa się na to cały rytuał (porównywalny z paleniem fajki pokoju). Napojem tym wita się nieznajomych oraz biesiaduje w gronie przyjaciół. Oczywiście nie dotyczy to mate w torebkach (ekspresowej). Jednakże jedna rzecz jest najistotniejsza. A mianowicie temperatura wody, którą zalewamy liście (mam na myśli ciepłą wodę – można też zalewać lodowatą – i podawać z lodem – ale nie o tej porze roku. Raczej).
Najlepsza jest „biała woda”. Czyli tuż przed gotowaniem, gdy szumi i przybiera barwę białą (70-80 stopni Celcujsza). Inaczej to nie ma sensu. Gdy sparzymy liście za gorącą wodą z mate ucieka duch, smak etc.
Według tradycji pierwsze zalanie (niewielką ilością wody) wypija św. Tomasz (tak naprawdę liścię wciągają wodę). Potem pijemy my. Związany jest z tym cały rytuał – mate jest niezwykle towarzyskim napojem – podawania tykwy następnym osobom. Liście posiadają ogromną moc i niestraszne im wielokrotne zalewanie wodą.
Pozostaje kwestia smaku. Na początku przynajmniej. Niektórzy twierdzą, że kwaśno-gorzkie o smaku wędzonego popiołu, raczej dla koneserów. No cóż. To tak jak z piwem. Za pierwszym razem też nie smakuje a potem to nektarem się wydaje.
Podobnie z yerbą – trzeba się nauczyć ją pić, znaleźć markę, która smakuje, wypracować rytuał (przyzwyczajenie drugą naturą człowieka).
Yerba mate polecam wszystkim (nie tylko dandysom), częstuję swoich gości (dostojnych w szczególności) i coraz więcej osób nawraca się na mateizm. 100% satysfakcji.Dzień bez yerby jest dniem straconym (a przynajmniej sennym).
Ja również polecam picie yerba mate i to nie tylko z torebek ekspresowych
chociaz tak też oczywiscie można. Zapraszam do dyskusji na forum http://www.yerbaherba.pl tam również można dowiedzieć sie sporo o sposobach parzenia oraz podawnia yerba mate. Zapraszam i pozdrawiam