Rzecz o Kosowie (i polskiej polityce zagranicznej…)
luty 23, 2008 autor Ja
Jest to pierwszy tekst o polityce od bardzo, bardzo długiego czasu…(kiedyś to był mój konik, potem poszedłem po rozum do głowy uświadamiając sobie, że to jest bagno…). Właśnie wróciłem z nart (nie było co prawda tak cudownie jak tydzień temu – ciężki [mokry] śnieg, brak dreszczyka emocji i napięcia, ale i tak było dobrze). Słoneczko świeci i 17 C jest na polu (o właśnie! Na temat etymologii tego słowa też zrobię wpis!!!). Przed domem kwitną Przebiśniegi. Pierwszym zamysłem było napisanie czegoś o Serbii i Kosowie z pozycji historycznych. Potem jednak przyszedł drugi zamysł - będzie to coś z pozycji politologicznych, przy czym postanowiłem wspomnieć również o nowej polityce zagranicznej RP (tj. rządu Donaldu Tusku). Prosecco jest mi natchnieniem więc zabieram się do pisania…
Kosovo je Srbija. Dla każdego Serba to jest oczywiste. Jak Amen w pacierzu. Dla naszych nieudolnych polityków niestety nie. Kosowo jest dla Serbów najbardziej historycznym miejscem, tym czym dla nas – Gniezno – Wielkopolska. To jest kolebka ich państwowości. Pierwsze wzmianki wskazują, że Słowianie pojawili się tam już w VI wieku. Leżą tam takie miasta jak Prisztina, Prizen (historyczne stolice Serbii), Peć (i jego okolice – Metohija). Najważniejszą jednak datą związaną z tym terenem jest 28 czerwca 1389 roku – czyli bitwa na Kosowym polu, będąca najważniejszym wydarzeniem historycznym dla Serbów i ich tożsamości kulturowej. Wtredy cały naród się zjednoczył przeciwko tureckiej potędze i po której już nigdy nie odzyskał siły… Po tym jak Turcy podbili Bałkany, nastąpiła zmiana struktury ludności i islamizacja tego obszaru (w Imperium Osmańskim wiele przywilejów zależało od wyznawanej religii), dlatego obecnie mieszka tam tak wielu Albańczyków, jednak z czasem pole bitwy stało się dla Serbów miejscem świętym. Serbia odzyskała ostatecznie Kosowo w wyniku wojen bałkańskich (1912-1913 r.). Ze względu na to , że był to niezwykle biedny region Serbowie stopniowo opuszczali Kosowo dzięki czemu Albańczycy uzyskali znaczną przewagę demograficzną.
Po interwencji NATO Kosowo otrzymało status prowincji autonomicznej w ramach Serbii. Dziś wszelakie ustalenia z tamtego okresu zostały pogwałcone, tworząc wybuchowy precedens na przyszłość. Kosowo jest bałkańską stolicą handlu narkotykami (funkcjonują one jako druga waluta) handlu żywym towarem, prostytucji. Rządzi tam mafia, wspierana przez UCK i terrorystów islamskich (oczywiście przy ochronie błękitnych hełmów). Panuje tolerancja religijna, co doskonale obrazuje poniższy filmik:
Serbia niestety nie znalazła sojusznika we Wspólnotach Europejskich, które urządziły ja wespół z USA nieciekawie, niedotrzymując zobowiązań międzynarodowych. Protestują tylko kraje mniejszego znaczenia na czele z Hiszpanią (Baskowie, Katalończycy będą chcieli z pewnością wykorzystać casus Kosowa). Jednostronna deklaracja niepodległości jest bardzo niebezpiecznym precedensem w historii, którego skutki mogą okazać się nieobliczalne. Jak zwykle będzie - pobudka z ręką w nocniku. W każdym kraju znajdą się grupki dążące do niepodległości (również w UE: Baskowie, Katalończycy, Szkoci, Walijczycy, Wallonowie, Bawarczycy, Ślązacy, wkrótce może muzułmanie we Francji, Niemczech etc.) /Zabrzmi to może absurdalnie i naiwnie ale trzeba iść za cięciem - WXS
. /
[warto zastanowić się nad tym komu tak naprawdę zależy aby Europa była podzielona konfliktami i nie stanowiła konkurencji politycznej oraz ekonomicznej. I dlaczego mowa o USA?!].
A teraz na poważnie: jedynego sojusznika Serbia znalazła w Rosji, która twardo wypowiada się przeciw samozwańczym państewkom (oczywiście priorytetem jest własna polityka wewnętrzna), ale z drugiej strony Serbia chcąc nie chcąc została ponownie wepchnięta w ramiona Rosji. I samo przez się rozumie, że się sama przychylać do tego sojuszu i jego umocnienia…
I tu właśnie pole do popisu ma (miała) nasza dyplomacja. Serbia nie ma nikogo (poza Rosją). I właśnie w Polsce powinna znaleźć oparcie (podobnie jak zadziałał prezydent Kaczyński z Gruzją - ale o tym niżej). O wymiernych korzyściach warto też wspomnmieć - Polska zyskałaby nowego i wdzięcznego sojusznika i ważnego partnera gospodarczego. Przy tym pozycja i prestiż naszego Kraju wzrosły by niesamowicie.
No ale… Mamy ministra (zd)Radka Sikorskiego. Gdy był człowiekiem PiS wypowiadał się całkiem sensownie o Kosowie (9 miesięcy temu):
Podczas posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych Senatu RP w maju 2007 r. w sprawie Kosowa. Radosław Sikorski, wtedy jako senator, analizuje sytuację w tej części Europy: - Moja refleksja na ten temat (…) jest taka, że przyłożyliśmy do Kosowa wzór z Bośni, gdzie Serbowie byli agresorami, a biedni muzułmanie się bronili, który do Kosowa nie pasuje. - Byłem dwa lata temu w Kosowie i tam są w miasteczkach całe dzielnice wypalonych domów serbskich i nowe, złocone meczety wybudowane za wahhabickie, saudyjskie pieniądze .
A także: : - Jakie są gwarancje, że te wspaniałe zabytki chrześcijańskiej historii, które tam są enklawami serbskimi, w jakimś momencie nie zostaną zniszczone, że one będą bronione?
Wtórował mu Stefan Niesiołowski, ówczesny przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Senatu, - (…) w pełni solidaryzuję się z opinią pana senatora Sikorskiego (…) jeżeli dopuszczamy fragmenty Europy do islamizacji, bo państwa islamskie nie wykazują żadnej pod tym względem wzajemności i za ochrzczenie dziecka, nawrócenie się czy przejście na chrześcijaństwo, porzucenie islamu często płaci się głową. Nie bądźmy tak dobroduszni i lekkomyślni w sprawie islamizacji Europy .
Niebezpieczny precedens z Kosowem najprawdopodobniej okaże się brzemienny w skutkach. No cóż, nie będzie to pierwsza wojn, która zacznie się na Bałkanach…
Tutaj widzimy takżę nową politykę zagraniczną, jaką realizuję rząd PO (do PiS, było mi w wielu kwestiach bardzo daleko - ale polityka zagraniczna była na dużo wyższym i bardziej profesjonalnym poziomie prowadzona).
Polska traci (niestety na własne życzenie) pozycję regionalnego lidera rezygnując z działalności na rzecz polskiej racji stanu. Zaraz po tym jak premier Tusk odwiedził Rosję, zrezygnował z wizyty na Ukrainie (być może jakiś doradca zasugerował mu: Co ty? Nie jedź tam. Kijów możemy sobie sami w lesie nałamać. Tanie państwo ma być, nie? A Lwów to się w zoo naoglądasz. [© by Lupis 71]).
Ukraińcy czują się rozżaleni. Byliśmy przecież rzecznikiem ich interesów dzięki czemu po “Pomarańczowej Rewolucji” Ukraina była niejako naszą strefą wpływów. Rozumiał to nawet Aleksander Kwaśniewski (gdy był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki ).
Prezydent Kaczyński też dyplomacją na bakier nie jest. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.
Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.
Vytautas Landsbergis (były prezydent Litwy a dziś Deputowany do Parlamentu Europejskiego) mówi wprost jaką politykę należy uprawiać z Rosją: – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?
Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.
Co ciekawe politycy Litewscy są zapatrzeni na… braci Kaczyńskich.
Dzisiejsza Rzepa pisze:
– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.
W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.
Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.
Wychodzi na to , że Kaczory nie były takie złe… (podziekowania za oddanie władzy PO należy kierować do Jarosława Kaczyńskiego). To se (niestety) ne vrati!